to-tylko-paranoja at ownlog '06

41.


Link 7.11.2009 :: 21:51 Komentuj (2)
Był 4 listopada. Urodziny mojej mamy. Zadzwoniłam do niej po lekcjach z życzeniami. Jej odpowiedź: "Dziękuję ci bardzo! Nie spodziewałam się, że będziesz pamiętać!". Wieczorem sms od taty: "Dziś mama kończy 45 lat". Dzień wcześniej sms od siostry: "Masz pomysł, co kupić mamie na urodziny?".
Dzięki za wiarę, rodzinko.

Dobra, może i żyję w swoim świecie. Jest mi w nim dobrze, ale robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Odejście od Boga, niespodziewane wybuchy agresji lub smutku, wieczny brak uśmiechu. Znikła zdolnośc udawania radości, przez co ludzie się ode mnie odsuwają. No i dobrze, idźcie sobie! Przynajmniej nie jestem wobec nikogo zobowiązana!

Ostatnio biorę się za kolesia, którego kilka miesięcy temu olałam. Nie kocham go, ale przynajmniej będę miała kogoś, kto się będzie o mnie troszczył. Trzymajcie kciuki :P

39.


Link 31.10.2009 :: 16:16 Komentuj (6)
Chcę walczyć. I walczę. Jeszcze nie wiem o co i z kim, ale walczę. Może z egoizmem, może z samą sobą, może z całym światem... Nie wiem, ale póki walczę, jest dobrze.

I strasznię tęsknię za Jezusem... Wiem, brzmi dziwnie, ale na chwilę obecną nie mogę być po Jego stronie. Tęsknota jest zaawansowana, bo zaczęłam szukać kogoś, kto mi tę pustkę zapełni. Ale Bóg jest bezkonkurencyjny...

Chciałabym, aby pewna osoba stała się moim przyjacielem... Ale czy można kogoś zmusić do przyjaźni? Albo o nią żebrać?

Jest mi smutno. Jak zawsze, kiedy nie mam nic do roboty i za dużo myślę. Siedzę cały dzień przed kompem, słucham utworów z pielgrzymki, czyli z tych 10 dni, kiedy żyłam TU I TERAZ, kiedy byłam szczęśliwa... Szkoda, że sierpień tak daleko...

Tęsknię za czasami, kiedy pisałam optymistyczne notki, jeszcze na moim starym blogu. I szukam przyczyn, czemu czas jebie mi życie i moją psychikę?

Jutro 1 listopada... Jak to moja koleżanka powiedziała: "Życzę Wam wesołych świąt!" :D

37.


Link 23.10.2009 :: 21:58 Komentuj (4)
Nie. To nie jest zwykła, jesienna deprecha.
To doświadczenie. To "smutek całożyciowy", nie tylko na wiosnę.
Po prostu nie umiem być radosna.
Nawet słoik nutelli nie pomaga.

W tym tygodniu wiele razy słyszałam, jaka to ja jestem dobra, pomocna, wrażliwa.
Czemu nigdy nie usłyszałam, że jestem po prostu potrzebna?

To jednak prawda, że potrzebujemy być kochani i potrzebni. Zawsze starałam się nie myśleć o sobie, wyłączyć siebie, swoje uczucia i myśli z tego świata. Zajmowałam się innymi, ich uczuciami. Im bardziej "wyłączam siebie", tym bardziej się zamykam i - wbrew pozorom -oddalam od ludzi. Im bardziej sobie wmawiam, że dobrze mi jest samotnej, tym bardziej potrzebuję miłości. Im bardziej żyję dla innych, tym bardziej jestem egoistyczna w swych uczuciach, modlitwie.

Czekam na kogoś kto mnie zauważy i będzie o mnie walczył, mimo że pomocy z całą pewnością będę odmawiać. Tak, moja psychika jest bardzo dziwna. Chcę pomocy, lecz jej nie przyjmuję. Chcę mieć kogoś bliskiego, choć nie umiem, boję się i uciekam od przyjaźni.

Wyłamuję się z życia publicznego. Zamykam się w czterech ścianach pokoju i zasłaniam się nauką. Przynajmniej zaczynam łapać sensowne oceny.
Z drugiej strony kiedy nie uganiam się już za tym, żeby łaskawie ktoś ze mną na luzie pogadał, to jakoś tak wszyscy sami do mnie przychodzą i słyszę od nich miłe słowa.

We wtorek jadę na badania neurologiczne. Chciałabym mieć coś, co wytłumaczy mój brak inteligencji. Chciałabym usłyszeć: "Zostało pani pół roku życia", aby pójść już do Tego, który mnie kocha. A przez te pół roku wykrzyczałabym wreszcie siebie i wyspowiadała z całego nieudanego życia.

Ech.. Te bóle głowy są już nie do zniesienia. Zastrzyki tym bardziej.

Wiem. Marudzę odkąd prowadzę tego bloga, a Wy to jakoś dzielnie znosicie. Po to jest ten blog. Wypisuję tu wszystko, co tłumię w sobie na codzień. Nie jest lżej, ale sama świadomość, że ktoś o tym wie, jakoś mi pomaga.

Niedługo zmienię adres bloga, bo znów dostał się w ręce osób z reala. Nie mogę przez to swobodnie pisać na niektóre tematy. Nienawidzę, kiedy osoba, z którą rozmawiam, wie co we mnie siedzi i traktuje mnie z litością lub wyższością. Bleh!

36.


Link 19.10.2009 :: 16:34 Komentuj (4)
Straciłam sens życia i jakoś nie mam czasu ani ochoty go znowu szukać.
Nawet Jezus już nie pomaga, jakby przestał mnie wspierać.
Mam dosyć słuchania: "Bóg cię doświadcza". Chcę konkretnej pomocy, nie ogólników.
Pomocy, a nie zwykłego gadania.

Wczoraj byłam w Żdżarach. Fajnie było zobaczyć ludzi, od których promienieje zadowolenie z życia.

18.


Link 31.7.2009 :: 12:09 Komentuj (9)
Znów mam głupie sny.

Śnił mi się T. Był u mnie w domu na weekend. Był jako kumpel. Później mnie pocałował (przy rodzicach xD). Powiedział, że od dawna mnie kochał. Zostaliśmy parą.

Zastanawiam się, co tkwi w tej mojej podświadomości, że śnią mi się takie rzeczy? Z T. widziałam się raz w życiu. Mieszka 400 km ode mnie i jest jedynym chłopakiem, z którym mam jakikolwiek kontakt. Chcę go tylko na poziomie: przyjaźń. Chociaż po tym śnie odżyło we mnie coś takiego... Ten romantyzm chyba ;]
I pragnienie miłości. Ale nie. Nie z nim. Zresztą to i tak by się nie mogło udać.

Ale co tkwi w mojej podświadomości?

17.


Link 30.7.2009 :: 12:19 Komentuj (8)
Powróciła do mnie ważna prawda.
Dla mnie bolesna.

Nie umiem się kłócić. Nie umiem dyskutować.
Co gorsza... Jeśli się z kimś nie zgadzam, to owszem. Powiem to. Ale nie umiem przytoczyć argumentów, nie umiem bronić swojego zdania. Czuję się atakowana przez drugą osobę. Przeżywam takie coś przez kilka dni. Czuję się cholernie gorsza. I odczuwam dyskomfort psychiczny. Wszystko wyolbrzymiam. Zaraz czuję się też odrzucona, nielubiana. Żałuję, że doszło do takiej sprzeczki. Nie umiem walczyć o swoje. Unikam tej osoby, nie chcę się znów poczuć poniżona. Zaraz przepraszam tę osobę i chcę wszystko naprawić. Nieważne kto ma rację. Ważne, by nie było kłótni.
I znów okazuje się, że wcale nie jestem silna...

Mój wczorajszy post utwierdził mnie w tym przekonaniu. Sory za niego, pisałam go pod wpływem impulsu. Nie chciałam nikogo urazić.

16.


Link 29.7.2009 :: 17:24 Komentuj (26)



Uważasz, że one są piękne?

Mam dosyć. Jestem zirytowana dziewczynami, które wciąż się odchudzają, a potem o! Anoreksja, a to niespodzianka...

Zapewne wywołam tym postem jakąś wojnę, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś!
Cholerna epidemia anoreksji!

Dołuje mnie to, że połowa blogów, które odwieczam, jest prowadzona przez anorektyczki. Na cholere się odchudzacie? Bo nie macie powodzenia u chłopaków? Bo ktoś Wam ściemnia, że jesteście grube? Bo czujecie się lepiej? Właśnie widzę, jak jest lepiej... Wszystkie jesteście non stop zdołowane. Wszystko przez tą cholerną chorobę... Nie wiecie, że to może skończyć się śmiercią?

Dlaczego się za siebie nie weźmiecie? Tylko odliczacie każdy gram zjedzonego jedzenia?

Tak, wiem. Łatwo mi mówić, bo sama tego nie przeszłam. Racja, nie przeszłam i napewno nie przejdę. Waże 80 kg przy 180 cm wzrostu, więc mam nadwagę. Co z tego? Mam to gdzieś! Nie będę się męczyć, pozbawiać siebie takich przyjemności jak pizza czy inne fast food'y. Nie chce mi się ruszyć dupy, żeby iśc poćwiczyć (chociaż i tak przy moim trybie życia w czasie szkolnym jestem w ruchu). Mimo mojej nadwagi mam powodzenie u chłopaków, jestem lubiana, nikt mnie nie odtrąca. I humor na ogół też dobry mam. Doły się zdarzają, nie powiem, że rzadko. Ale generalnie jestem zadowolona z życia, bo nie muszę myśleć o pieprzonych kilogramach!

Wybacznie, że to piszę. Nie chcę nikogo urazić, ale mam dosyć czytania tego, że znów "znów przytyłam pół kilograma! To straszne! Gruba świnia ze mnie!". Nie! Każda kobieta jest piękna, a widok kości jest naprawdę obrzydliwy...

Błagam Was! Chociaż przez kilka minut się nad tym zastanówcie.
Szczerze życzę Wam wyjścia z tej choroby i zmienienia toku myślenia...
Pozdrawiam!

9.


Link 17.7.2009 :: 17:34 Komentuj (4)
Więc jednak ta paranoja jest związana z psychiką... Może to nie od razu fobia społeczna, nie mam aż takich objawów, choć część z nich się zgadza... Ale z tego, co wyczytałam, jest to zaburzenie osobowości typu unikającego (lękliwego). Wszystkie objawy się zgadzają. Nienawidzę rozmawiać przez telegon, unikam ludzi, bo boję się wyśmiania i kompromitacji, czuję się gorsza od innych... Jest tego więcej: http://pl.wikipedia.org/wiki/Osobowość_unikająca

Wszystko się zgadza!!! Więc to tak... Ciekawe, czy da się to naprawić/wyleczyć/zabić? Mam zacząć chodzić do psychologa? To może do psychiatry od razu...

Wielkie podziękowania dla kogoś o nicku "suicide-is-sexy". Dzięki za tak ważne dla mnie info...

8.


Link 16.7.2009 :: 21:29 Komentuj (3)
Znów paranoje wracają.

Siedzę całymi dniami w domu i narzekam, że nie ma nawet z kim wyjść, pogadać. A kiedy już taka okazja się trafia, to nie chcę (boję się?) wyjść z domu. Tłumaczę sobie, że to po prostu nie jest ta osoba, z którą chiałabym przebywać. Ale czy można odrzucić przeszło ok. 10 osób? Zaczynam się obawiać, że to poważne uzależnienie od komputera, albo -co gorsza- jakieś beznadziejne zamknięcie się w sobie z jakimiś cholernymi blokadami. Boję się, że za kilka lat będę starym dziwakiem, starą panną, samotnikiem ze swoim jedynym przyjacielem - komputerem. A może to jakaś choroba? Nowy rodzaj schizofrenii? Tak. Takie wytłumaczenie najbardziej by mnie pocieszyło.

7.


Link 16.7.2009 :: 11:05 Komentuj (0)
Ludzie potrafią zaskakiwać... Zaczęłam się martwić. Co jeśli ktoś, kogo znam kilka lat od tej dobrej strony, nagle wyskoczy mi z jakimś drugim obliczem? Zaczęło się sypać zaufanie do ludzi, które tak długo budowałam, a i tak nie zostało zbudowane do końca.

Tej nocy była straszna burza. Boję się burzy. Zawsze mam wrażenie, że zaraz coś się zacznie palić, że piorun gdzieś walnie, że wiatr nam dach zerwie. Że stanie się coś złego. Czuję lęk. W takich sytuacjach zawsze łapię za różaniec i Zdrowaśki się sypią. Odmówiłam jedną dziesiątkę. Uspokoiłam się. Schowałam się pod kołdrę, zatkałam uszy i próbowałam zasnąć.

Męczyłam się dobre dwie godziny. I zaraz wpadła mi do głowy scena, jak Piotr tonął. Przecież póki patrzył na Jezusa, było wszystko ok... Porównałam to do swojej sytuacji. Jak nie ma burzy w moim życiu, to trwam przy Bogu, nie tonę. Jeśli jednak zaczną walić pioruny w postaci różnych niepowodzeń, zranienia kogoś, poczucia samotności, to zaraz tonę i boję się. Nie patrzę na Boga, wszystko chcę załatwiać sama. Tak, wiem. To nie jest fajne. Ale nie umiem Mu w pełni ufać. Moje kontakty z innymi ludźmi przenoszą się na kontakty z Bogiem. Ech... Te cholerne zranienia z dzieciństwa będą mnie gnębić do końca życia :(

6.


Link 15.7.2009 :: 14:49 Komentuj (2)
Wyjechała. Moja siostra wyjechała do Grecji. Wraca we wrześniu. Już mi się za nią tęskni, mimo że na codzień nie rozmawiamy zbyt wiele. Oczywiście bardzo się kochamy i w ogóle. Gadamy o pierdołach. Często dostajemy głupawki i śmiejemy się z byle czego. Jest miło, ale mimo wszystko nie mam z nią relacji, jak to jest w "prawdziwym rodzeństwie". Nie żalimy się sobie, nie mówimy o wszystkim. Nawet nie rozmawiamy szczerze o tym, co się nieraz dzieje między rodzicami. Ale nie, nie będę jej obwiniać. Jestem w pełni świadoma, że to przeze mnie. No bo niby po co mam jej się żalić, skoro ona to ironicznie komentuje? A ja, zamiast okazać się mądrzejsza, odgryzam się tym samym. I tak skończyło się nasze powierzanie tajemnic. Ech... Jeszcze dużo pracy w związku z moją małą osobą.

Najgorsze jest to, że nie czułam żadnego żalu, smutku w chwili, gdy się z nią żegnałam. Uczułam jakąś tęsknotę i uczucie, że w domu już nie będzie tak samo. Ale z dniem dzisiejszym wczystko przeszło. Wkurza mnie ta znieczulica!

A najbardziej mnie wkurza to, że do czynienia dobra zmuszam się na siłę. Nie czynię tego z dobroci serca, bo te jest zbyt mroczne i płomienia raczej tam nie ujrzysz. Z chęci pójścia za Jezusem czy innymi pozytywnymi kopami też się to raczej nie bierze... Staram się dobrze żyć bo... tak trzeba. Po prostu. Czasami kierują mną zasady, które od maleńkiego wpajają we mnie rodzice. Czasami to strach przed piekłem, czasami świadomość, że będę miała wielkie wyrzuty sumienia, jeśli zrobię źle. Ale nic mi się nie bierze ze szczerej miłości. Straszliwie mnie to drażni, bo przecież dobro rodzi się z miłości, czyż nie?

Codziennie się modlę, aby Jezus jednak rozpalił we mnie pragnienie. Pragnienie zmiany całego świata, bycia Matką Teresą bądź innymi fajnymi ludzikami, które coś zrobiły dla tego świata.

I ta codzienna walka z lenistwem i egoizmem... Wykańcza mnie, ale wiem, że warto. Dla Niego, dla ludzi, dla świata.

PS. Apropos walki... Polecam blog o. Grzegorza. Mnie bardzo poruszył... Znajdziecie go w linkach.

4.


Link 11.7.2009 :: 23:38 Komentuj (0)
Zaskoczyły mnie trochę komentarze kolegi... W sensie nie piszesz czegoś w stylu: "jakoś to będzie", "nie łam się". Piszesz konkretnie, do rzeczy. I dzięki Ci za to! Z domu niestety ruszyć się nie mogę (mieszkam na wsi). Nawet na marny bilet do miasta nie mam, żeby się poszlajać. Bieda w kraju. I bardzo mi się spodobało to, co znalazłam na Twoim blogu:
"Życie jest dziwką. Jak nie masz kasy i nie interesuje Cię lans - nie dostaniesz od niego więcej niż chłodne spojrzenie i parszywy uśmiech."
Bardzo prawdziwe i życiowe zdanie. Podziwiam.

Rodzina zaczęła narzekać, że siedzę cały czas przed kompem. Spostrzegawczośc mojego ojca mnie powaliła: "Coś Paulina chyba się nudzi w te wakacje...". Tak! Serio? Niesamowite... Fakt, że wszystkie moje plany szlag trafił, nie ma nic do rzeczy. Gorzej, że szlag trafił wszystkich "bliskich" mi ludzi. Chociaż nie... Raczej to mnie szlag trafił, bo prędzej zmieni się jedna osoba, niż wszyscy wokół, right?

Dziś rodzinka wymyśliła sobie grilla. Niby nic, ale odebrałam to jako próbę oderwania mnie od mojego kochanego wirtualnego świata. Zwłaszcza, kiedy zmierzałam z talerzem w kierunku komputera, na co mój ojciec zareagował "nieco" nerwowo. Wpędził mnie w poczucie winy, że nie chcę w ogóle z nimi przebywać. Poświęciłam się i usiadłam z nimi. Nasze wspólne bycie ze sobą polegało na jedzeniu kiełbasy w ciszy i ewentualnych prośbach o podanie ketchupu. Po jakiś 10 minutach poszli oglądać kabaret w telewizji. Ja nie miałam ochoty się śmiać, więc przyszłam do mojego najlepszego przyjaciela - komputera.

Po cholere chcą mnie z tego świata wyciągać? Tylko tutaj mogę być tym, kim chcę. Bez wyrzutów sumienia, bez sztucznych uśmiechów. Po to ten blog - aby wylać ten pesymizm, który we mnie tkwi. Zapewne ewentualni czytający myślą, że jestem emo. Tak, wszystko na to wskazuje. Jednak zapewniam, że nie jestem nikim takim. Przynajmniej nie w realu. Nie ubieram się na czarno, nie słucham mrocznych piosenek itp. Tak więc... Nie zabierajcie mnie z mojego cudownego świata, w którym jest wszystko!

Tak. Właśnie sobie uświadomiłam, że jestem uzależniona od tego cholernego komputera. I nawet mnie to nie dziwi, bo nie innego przedmiotu/osoby/zajęcia, któremu mogłabym się poświęcić. Wierzcie mi - szukałam. Ale chyba nie jest mi to dane. Co to ma być, jakaś pustynia, na którą mnie Bóg zesłał? Dobra, ok. Mi w to graj. Ale jak później ktoś mnie będzie chciał zaciągnąć do krainy mlekiem i miodem płynącej, to niech się nie dziwi, że przyzwyczaiłam się do warunków pustynnych.

Piszę z Izą na gg. Iza to prawdziwy człowiek, który się mną zainteresował. Jedyny człowiek, który się mną zainteresował. Jedyny, który znosi moje fochy i zna kilka moich tajemnic. Jedyny, który chciał mi pomóc. Ja tę pomoc odrzuciłam, nie umiem tak. Nie lubię okazywać słabości. Jej jedynej pozwoliłam odkryć kilka tajemnic mojej psychiki. I teraz bardzo tego żałuję, bo czuję się od niej gorsza. Nienawidzę przebywać w jej obecności, nienawidzę jej z zazdrości, jaka ona jest. Jednocześnie pragnę zwrócić na siebie jej uwagę. Ustawiam prowokujący opis, żeby znów usłyszeć to cudowne pytanie: "Co się dzieje?". I znów kłamię, że nic mi nie jest, aby cały czas się wypytywała o przyczynę tego opisu. Uwielbiam kiedy się mną interesuje! Tak. Uwielbiam ją, a jednocześnie nienawidzę. Kolejna paranoja...

3.


Link 11.7.2009 :: 17:22 Komentuj (1)
Kolejny dzień wakacji. Kolejny dzień spędzony przed kompem. Kolejny dzień rozmyślania o paranojach. Kolejny dzień stracony.

Z ciekawości i z nudy zaczęłam czytać inne blogi. Czasami komentarz sam mi się cisnął na usta. Ludzie naprawdę mają duże problemy... Moje są niczym, a jednak świata poza nimi nie widzę. Ach, ten egoizm. Kocham!

Chciałam jechać na rekolekcje do franciszkanów lub kapucynów, ale nie mam kasy ani towarzystwa. Sama jechać nie chcę, choć może byłoby lepiej.

U Agi było jak zawsze. Mówiła o swojej szkole, wspominałyśmy gimnazjum i pielgrzymkę, obgadywałyśmy Sylwię. Widziała, że nie byłam tak uśmiechnięta jak zawsze. Już nie miałam siły udawać. Nie spytała czemu się smucę. Widać, nie obchodzi jej to. Pytała mnie tylko o rekolekcje w Żdżarach - jak było itp. To była dla niej chwila wytchnienia, bo wtedy ja mówiłam. O takich rzeczach mogę nawijać godzinami. Ta atmosfera, ci ludzie... Czemu to nie może trwać wiecznie? Szkoda, że w życiu są piękne tylko chwile.

Właśnie napisał do mnie kleryk z pielgrzymki. Jejku, jak ja kocham tych ludzi! Czemu nie otaczają mnie tacy na codzień?

Już nie wiem o czym tu pisać. Nudne to moje życie, co ma swoje plusy i minusy.



2.


Link 10.7.2009 :: 18:29 Komentuj (2)
darmowy hosting obrazków


Czym jest przyjaźń?
Każdy ma inną definicję. Dla mnie przyjaźń to wzajemne zaufanie, rozumienie się bez słów, pomoc, troska, zwierzanie się sobie nawzajem. Znam Agnieszkę 4 lata. Zawsze jej mówiłam, że jest moją jedyną, prawdziwą przyjaciółką. Dlaczego ją przez 4 lata okłamuję? Jasne, kumplujemy się, jednak jej towarzystwo coraz bardziej mnie drażni. Nienawidzę się jej zwierzać. Często szybko zmieniała temat, kiedy jej się zwierzałam, obracała wszystko w żart (nigdy nie była poważna...) lub zaczęła mówić o sobie. Nie umie słuchać. Wciąż tylko gada, gada, gada... Nie słyszała, że milczenie jest złotem? W tym momencie wpadła mi nowa definicja przyjaźni do głowy!!! Ach... Uwielbiam te chwile oświecenia ciemnych zakamarków mojego umysłu!

Przyjaciel to ktoś, przed kim nie trzeba zakładać maski, z kim można pomilczeć. To ktoś, przy kim wciąż można mieć zły humor, a jednocześnie można mieć pewność, że przez to nas nigdy nie zostawi. To ktoś, kto lubi ze mną pomilczeć, potrwać w stanie beznadziejności, ale jednocześnie sam się nie pogrąża. Po prostu ze mną jest w tej pustce, nie zostawia samej, aby nie było tam jeszcze bardziej pusto. To ktoś, kto próbuje mnie wynieść z dołka, choćbym chciała w nim zostać. To ktoś, kto woli pobyć ze mną w domu i po raz kolejny wysłuchać tych samych smętów, niż iść ze znajomymi na imprezę. To jest właśnie przyjaźń! To moja własna definicja, prosto z serce. Agnieszka zdecydowanie nie jest przyjacielem...

Zaraz do niej idę, mimo że wcale nie mam na to ochoty. Obiecałam, że będę u niej nocować. Znowu muszę włożyć maskę i udawać tą wieczną optymistkę, aby nie usłyszeć: "rozwesel się wkońcu!", "nie smuć się" lub "A u mnie...". Nie, nie chcę wiedzieć, że Ty masz podobnie. Nie chcę też się rozweselić. Chcę po prostu, żebyś była przy mnie, żebyś porozmawiała w końcu o mnie.

Tak. To kolejna moja paranoja. Nie umiem się zaprzyjaźnić, a bez przyjaciela jest mi coraz trudniej... Witajcie w świecie moich paranoi! Niebawem będzie ich więcej.

CHCĘ MIEĆ PRZYJACIELA OD SERCA. GDZIE JESTEŚ? WCIĄŻ CIĘ SZUKAM, A TY SIĘ CHOWASZ... DLACZEGO NIE CHCESZ ZAPUKAĆ DO MOICH DRZWI? ALBO EWENTUALNIE NAPISAĆ MI MAILA? Masz rację, do egoistów nie przychodzisz...

Wkładam maskę i idę na mękę. Życzcie mi wytrwałości!

Załóż bloga

Archiwum

2018
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009

Kategorie

paranoje(14)
Promyki nadziei(13)
osamotnienie(11)
Stan najgorszy(5)

Linki

o. Grzegorz
Z życia mnicha
Pochylenie nad Słowem
I Ty jesteś Barabaszem...
Masia
FunAtyk
Dwa krzesła
Zimbabwe

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl