to-tylko-paranoja at ownlog '06

1.


Link 9.7.2009 :: 23:20 Komentuj (2)



Zaczęłam bloga. Nowego. W sumie nie wiem, czeu porzuciłam ten stary i założyłam nowy. Nowy rozdział? To ciekawe, bo przecież nie wydarzyło się absolutnie nic... Nic się nie dzieje. Cały czas to głupie osamotnienie. Tak, wiem. Nie jestem sama. Jest jeszcze Ten na Górze. Ale ja nie umiem z Nim rozmawiać. Poza tym do tej rozmowy trzeba ciszy i spokoju, a dla mnie to za duże wymagania.

Ostatnio cholernie zaczęło mi brakować bliskości i poczucia NIEopuszczenia przez kogoś. Ciężko się pozbyć tego pragnienia, zaspokoić tym bardziej. Mimo że są wokół mnie ludzie (ostatnio coraz ich więcej), to ja wciąż czuję się samotna. Ciężko nawet określić, skąd to uczucie... Może mam jakieś szczególne wymagania wobec ludzi, którym nie mogą sprostać? No bo niby jak mają to zrobić, skoro w głębi serca pragnę samego Jezusa...

Brakuje mi też czułości ze strony jakiegoś chłopaka. Nie wiem co mi odbija... Dojrzewam? Z drugiej strony jak już jakiegoś poznam, to nie umiem się zakochać... Za to ta druga strona potrafi i jest problem. I jest poczucie winy. Zamknięte koło. Z przyjaźnią jest podobnie. Nie umiem się zwierzać. Kiedy z kolei jestem gotowa, żeby się otworzyć, to ta druga osoba nie ma dla mnie czasu. Smutne. Nauczyłam się z tym żyć, jednak jest coraz trudniej. Czasami się zastanawiam, jak długo jeszcze tak pociągnę? Tak bardzo chciałabym już umrzeć i odpocząć tam, na górze... Samobójstwo jest wykluczone już. Pozostaje tylko czekać na łaskę Boga. A ja do osób cierpliwych nie należę.

W sumie nie wiem po co to wszystko piszę. Wcale nie jest mi lżej. Może to nadzieja na cud w postaci jakiegoś fajnego człowieczka, który zainteresuje się moją skromną osobą. Wbrew pozorom lubię, jak ludzie się mną interesują, mimo że na zewnątrz wręcz ich od siebie odpycham. Taki to już paradoks mojej osobowości. Skomplikowana ze mnie istota. Jakim mnie Panie stworzyłeś, takiego mnie masz...

2.


Link 10.7.2009 :: 18:29 Komentuj (2)
darmowy hosting obrazków


Czym jest przyjaźń?
Każdy ma inną definicję. Dla mnie przyjaźń to wzajemne zaufanie, rozumienie się bez słów, pomoc, troska, zwierzanie się sobie nawzajem. Znam Agnieszkę 4 lata. Zawsze jej mówiłam, że jest moją jedyną, prawdziwą przyjaciółką. Dlaczego ją przez 4 lata okłamuję? Jasne, kumplujemy się, jednak jej towarzystwo coraz bardziej mnie drażni. Nienawidzę się jej zwierzać. Często szybko zmieniała temat, kiedy jej się zwierzałam, obracała wszystko w żart (nigdy nie była poważna...) lub zaczęła mówić o sobie. Nie umie słuchać. Wciąż tylko gada, gada, gada... Nie słyszała, że milczenie jest złotem? W tym momencie wpadła mi nowa definicja przyjaźni do głowy!!! Ach... Uwielbiam te chwile oświecenia ciemnych zakamarków mojego umysłu!

Przyjaciel to ktoś, przed kim nie trzeba zakładać maski, z kim można pomilczeć. To ktoś, przy kim wciąż można mieć zły humor, a jednocześnie można mieć pewność, że przez to nas nigdy nie zostawi. To ktoś, kto lubi ze mną pomilczeć, potrwać w stanie beznadziejności, ale jednocześnie sam się nie pogrąża. Po prostu ze mną jest w tej pustce, nie zostawia samej, aby nie było tam jeszcze bardziej pusto. To ktoś, kto próbuje mnie wynieść z dołka, choćbym chciała w nim zostać. To ktoś, kto woli pobyć ze mną w domu i po raz kolejny wysłuchać tych samych smętów, niż iść ze znajomymi na imprezę. To jest właśnie przyjaźń! To moja własna definicja, prosto z serce. Agnieszka zdecydowanie nie jest przyjacielem...

Zaraz do niej idę, mimo że wcale nie mam na to ochoty. Obiecałam, że będę u niej nocować. Znowu muszę włożyć maskę i udawać tą wieczną optymistkę, aby nie usłyszeć: "rozwesel się wkońcu!", "nie smuć się" lub "A u mnie...". Nie, nie chcę wiedzieć, że Ty masz podobnie. Nie chcę też się rozweselić. Chcę po prostu, żebyś była przy mnie, żebyś porozmawiała w końcu o mnie.

Tak. To kolejna moja paranoja. Nie umiem się zaprzyjaźnić, a bez przyjaciela jest mi coraz trudniej... Witajcie w świecie moich paranoi! Niebawem będzie ich więcej.

CHCĘ MIEĆ PRZYJACIELA OD SERCA. GDZIE JESTEŚ? WCIĄŻ CIĘ SZUKAM, A TY SIĘ CHOWASZ... DLACZEGO NIE CHCESZ ZAPUKAĆ DO MOICH DRZWI? ALBO EWENTUALNIE NAPISAĆ MI MAILA? Masz rację, do egoistów nie przychodzisz...

Wkładam maskę i idę na mękę. Życzcie mi wytrwałości!

3.


Link 11.7.2009 :: 17:22 Komentuj (1)
Kolejny dzień wakacji. Kolejny dzień spędzony przed kompem. Kolejny dzień rozmyślania o paranojach. Kolejny dzień stracony.

Z ciekawości i z nudy zaczęłam czytać inne blogi. Czasami komentarz sam mi się cisnął na usta. Ludzie naprawdę mają duże problemy... Moje są niczym, a jednak świata poza nimi nie widzę. Ach, ten egoizm. Kocham!

Chciałam jechać na rekolekcje do franciszkanów lub kapucynów, ale nie mam kasy ani towarzystwa. Sama jechać nie chcę, choć może byłoby lepiej.

U Agi było jak zawsze. Mówiła o swojej szkole, wspominałyśmy gimnazjum i pielgrzymkę, obgadywałyśmy Sylwię. Widziała, że nie byłam tak uśmiechnięta jak zawsze. Już nie miałam siły udawać. Nie spytała czemu się smucę. Widać, nie obchodzi jej to. Pytała mnie tylko o rekolekcje w Żdżarach - jak było itp. To była dla niej chwila wytchnienia, bo wtedy ja mówiłam. O takich rzeczach mogę nawijać godzinami. Ta atmosfera, ci ludzie... Czemu to nie może trwać wiecznie? Szkoda, że w życiu są piękne tylko chwile.

Właśnie napisał do mnie kleryk z pielgrzymki. Jejku, jak ja kocham tych ludzi! Czemu nie otaczają mnie tacy na codzień?

Już nie wiem o czym tu pisać. Nudne to moje życie, co ma swoje plusy i minusy.



4.


Link 11.7.2009 :: 23:38 Komentuj (0)
Zaskoczyły mnie trochę komentarze kolegi... W sensie nie piszesz czegoś w stylu: "jakoś to będzie", "nie łam się". Piszesz konkretnie, do rzeczy. I dzięki Ci za to! Z domu niestety ruszyć się nie mogę (mieszkam na wsi). Nawet na marny bilet do miasta nie mam, żeby się poszlajać. Bieda w kraju. I bardzo mi się spodobało to, co znalazłam na Twoim blogu:
"Życie jest dziwką. Jak nie masz kasy i nie interesuje Cię lans - nie dostaniesz od niego więcej niż chłodne spojrzenie i parszywy uśmiech."
Bardzo prawdziwe i życiowe zdanie. Podziwiam.

Rodzina zaczęła narzekać, że siedzę cały czas przed kompem. Spostrzegawczośc mojego ojca mnie powaliła: "Coś Paulina chyba się nudzi w te wakacje...". Tak! Serio? Niesamowite... Fakt, że wszystkie moje plany szlag trafił, nie ma nic do rzeczy. Gorzej, że szlag trafił wszystkich "bliskich" mi ludzi. Chociaż nie... Raczej to mnie szlag trafił, bo prędzej zmieni się jedna osoba, niż wszyscy wokół, right?

Dziś rodzinka wymyśliła sobie grilla. Niby nic, ale odebrałam to jako próbę oderwania mnie od mojego kochanego wirtualnego świata. Zwłaszcza, kiedy zmierzałam z talerzem w kierunku komputera, na co mój ojciec zareagował "nieco" nerwowo. Wpędził mnie w poczucie winy, że nie chcę w ogóle z nimi przebywać. Poświęciłam się i usiadłam z nimi. Nasze wspólne bycie ze sobą polegało na jedzeniu kiełbasy w ciszy i ewentualnych prośbach o podanie ketchupu. Po jakiś 10 minutach poszli oglądać kabaret w telewizji. Ja nie miałam ochoty się śmiać, więc przyszłam do mojego najlepszego przyjaciela - komputera.

Po cholere chcą mnie z tego świata wyciągać? Tylko tutaj mogę być tym, kim chcę. Bez wyrzutów sumienia, bez sztucznych uśmiechów. Po to ten blog - aby wylać ten pesymizm, który we mnie tkwi. Zapewne ewentualni czytający myślą, że jestem emo. Tak, wszystko na to wskazuje. Jednak zapewniam, że nie jestem nikim takim. Przynajmniej nie w realu. Nie ubieram się na czarno, nie słucham mrocznych piosenek itp. Tak więc... Nie zabierajcie mnie z mojego cudownego świata, w którym jest wszystko!

Tak. Właśnie sobie uświadomiłam, że jestem uzależniona od tego cholernego komputera. I nawet mnie to nie dziwi, bo nie innego przedmiotu/osoby/zajęcia, któremu mogłabym się poświęcić. Wierzcie mi - szukałam. Ale chyba nie jest mi to dane. Co to ma być, jakaś pustynia, na którą mnie Bóg zesłał? Dobra, ok. Mi w to graj. Ale jak później ktoś mnie będzie chciał zaciągnąć do krainy mlekiem i miodem płynącej, to niech się nie dziwi, że przyzwyczaiłam się do warunków pustynnych.

Piszę z Izą na gg. Iza to prawdziwy człowiek, który się mną zainteresował. Jedyny człowiek, który się mną zainteresował. Jedyny, który znosi moje fochy i zna kilka moich tajemnic. Jedyny, który chciał mi pomóc. Ja tę pomoc odrzuciłam, nie umiem tak. Nie lubię okazywać słabości. Jej jedynej pozwoliłam odkryć kilka tajemnic mojej psychiki. I teraz bardzo tego żałuję, bo czuję się od niej gorsza. Nienawidzę przebywać w jej obecności, nienawidzę jej z zazdrości, jaka ona jest. Jednocześnie pragnę zwrócić na siebie jej uwagę. Ustawiam prowokujący opis, żeby znów usłyszeć to cudowne pytanie: "Co się dzieje?". I znów kłamię, że nic mi nie jest, aby cały czas się wypytywała o przyczynę tego opisu. Uwielbiam kiedy się mną interesuje! Tak. Uwielbiam ją, a jednocześnie nienawidzę. Kolejna paranoja...

5.


Link 13.7.2009 :: 11:09 Komentuj (3)



Wczoraj była niedziela. Piękny dzień, mój ulubiony. Byłam sobie w kościele i oczywiście poczułam jakieś pocieszenie od Tego na Górze. Znów obudziła się nadzieja i to poczucie, że mogę wszystko! Wzniosłam się ponad to wszystko, co mnie otacza, ale skrzydła szybko mi uciął mój kochany tatuś. Darł się na mamę, bo nie weszła do tego sklepu, do którego zawsze wchodzi, przez co podjechał kilka metrów dalej. No tak. Miał rację. To był bardzo ważny powód, żeby na nią nawrzeszczeć i po raz kolejny okazać jej brak szacunku. Czasem się boję, że będę taka jak on. Już przejmuję niektóre jego zachowania, a co dopiero za kilka lat?

Po powrocie do domu chciało mi się płakać. I to bardzo. Zawsze olewałam zachowania ojca, ale ostatnio coraz bardziej mnie dotykają. Nie wiedziałam, gdzie szukać pocieszenia. Zaczęłam myśleć o brewiarzu, który każdy dostał na Lednicy.
Nawet nie wiem, skąd ta myśl mi wpadła do głowy. Zrodziła się ot tak. Rozłożyłam koc na trawie, wzięłam brewiarz i zaczęłam czytać. Wciągnęło mnie to! Postanowiłam, że będę go odmawiać zawsze, jak tylko będę miała chwilę spokoju. Ta forma modlitwy mnie uspokaja, czuję takie katharsis. Bóg wie, jak pocieszyć. A ja teraz wiem, co robić, aby tego pocieszenia doznać.

Nadal nie mam z kim iść na pielgrzymkę. Tzn. mam, ale z Agą będzie strasznie nudno! Poza tym wiecznie będzie się trzymać mamusi, a ja bym chciała poszaleć, poznać kogoś nowego, porobić kawały księżom :) Z nią się nie da...
Bratnia dusza pilnie poszukiwana! Ktoś szalony na pielgrzymkę także...

PS. Fotka jest jedną z moich ulubionych z pielgrzymki. Dla tych 10 dni w roku naprawdę warto żyć. Moja grupa jest faaaajnaaaa :)

6.


Link 15.7.2009 :: 14:49 Komentuj (2)
Wyjechała. Moja siostra wyjechała do Grecji. Wraca we wrześniu. Już mi się za nią tęskni, mimo że na codzień nie rozmawiamy zbyt wiele. Oczywiście bardzo się kochamy i w ogóle. Gadamy o pierdołach. Często dostajemy głupawki i śmiejemy się z byle czego. Jest miło, ale mimo wszystko nie mam z nią relacji, jak to jest w "prawdziwym rodzeństwie". Nie żalimy się sobie, nie mówimy o wszystkim. Nawet nie rozmawiamy szczerze o tym, co się nieraz dzieje między rodzicami. Ale nie, nie będę jej obwiniać. Jestem w pełni świadoma, że to przeze mnie. No bo niby po co mam jej się żalić, skoro ona to ironicznie komentuje? A ja, zamiast okazać się mądrzejsza, odgryzam się tym samym. I tak skończyło się nasze powierzanie tajemnic. Ech... Jeszcze dużo pracy w związku z moją małą osobą.

Najgorsze jest to, że nie czułam żadnego żalu, smutku w chwili, gdy się z nią żegnałam. Uczułam jakąś tęsknotę i uczucie, że w domu już nie będzie tak samo. Ale z dniem dzisiejszym wczystko przeszło. Wkurza mnie ta znieczulica!

A najbardziej mnie wkurza to, że do czynienia dobra zmuszam się na siłę. Nie czynię tego z dobroci serca, bo te jest zbyt mroczne i płomienia raczej tam nie ujrzysz. Z chęci pójścia za Jezusem czy innymi pozytywnymi kopami też się to raczej nie bierze... Staram się dobrze żyć bo... tak trzeba. Po prostu. Czasami kierują mną zasady, które od maleńkiego wpajają we mnie rodzice. Czasami to strach przed piekłem, czasami świadomość, że będę miała wielkie wyrzuty sumienia, jeśli zrobię źle. Ale nic mi się nie bierze ze szczerej miłości. Straszliwie mnie to drażni, bo przecież dobro rodzi się z miłości, czyż nie?

Codziennie się modlę, aby Jezus jednak rozpalił we mnie pragnienie. Pragnienie zmiany całego świata, bycia Matką Teresą bądź innymi fajnymi ludzikami, które coś zrobiły dla tego świata.

I ta codzienna walka z lenistwem i egoizmem... Wykańcza mnie, ale wiem, że warto. Dla Niego, dla ludzi, dla świata.

PS. Apropos walki... Polecam blog o. Grzegorza. Mnie bardzo poruszył... Znajdziecie go w linkach.

7.


Link 16.7.2009 :: 11:05 Komentuj (0)
Ludzie potrafią zaskakiwać... Zaczęłam się martwić. Co jeśli ktoś, kogo znam kilka lat od tej dobrej strony, nagle wyskoczy mi z jakimś drugim obliczem? Zaczęło się sypać zaufanie do ludzi, które tak długo budowałam, a i tak nie zostało zbudowane do końca.

Tej nocy była straszna burza. Boję się burzy. Zawsze mam wrażenie, że zaraz coś się zacznie palić, że piorun gdzieś walnie, że wiatr nam dach zerwie. Że stanie się coś złego. Czuję lęk. W takich sytuacjach zawsze łapię za różaniec i Zdrowaśki się sypią. Odmówiłam jedną dziesiątkę. Uspokoiłam się. Schowałam się pod kołdrę, zatkałam uszy i próbowałam zasnąć.

Męczyłam się dobre dwie godziny. I zaraz wpadła mi do głowy scena, jak Piotr tonął. Przecież póki patrzył na Jezusa, było wszystko ok... Porównałam to do swojej sytuacji. Jak nie ma burzy w moim życiu, to trwam przy Bogu, nie tonę. Jeśli jednak zaczną walić pioruny w postaci różnych niepowodzeń, zranienia kogoś, poczucia samotności, to zaraz tonę i boję się. Nie patrzę na Boga, wszystko chcę załatwiać sama. Tak, wiem. To nie jest fajne. Ale nie umiem Mu w pełni ufać. Moje kontakty z innymi ludźmi przenoszą się na kontakty z Bogiem. Ech... Te cholerne zranienia z dzieciństwa będą mnie gnębić do końca życia :(

8.


Link 16.7.2009 :: 21:29 Komentuj (3)
Znów paranoje wracają.

Siedzę całymi dniami w domu i narzekam, że nie ma nawet z kim wyjść, pogadać. A kiedy już taka okazja się trafia, to nie chcę (boję się?) wyjść z domu. Tłumaczę sobie, że to po prostu nie jest ta osoba, z którą chiałabym przebywać. Ale czy można odrzucić przeszło ok. 10 osób? Zaczynam się obawiać, że to poważne uzależnienie od komputera, albo -co gorsza- jakieś beznadziejne zamknięcie się w sobie z jakimiś cholernymi blokadami. Boję się, że za kilka lat będę starym dziwakiem, starą panną, samotnikiem ze swoim jedynym przyjacielem - komputerem. A może to jakaś choroba? Nowy rodzaj schizofrenii? Tak. Takie wytłumaczenie najbardziej by mnie pocieszyło.

9.


Link 17.7.2009 :: 17:34 Komentuj (4)
Więc jednak ta paranoja jest związana z psychiką... Może to nie od razu fobia społeczna, nie mam aż takich objawów, choć część z nich się zgadza... Ale z tego, co wyczytałam, jest to zaburzenie osobowości typu unikającego (lękliwego). Wszystkie objawy się zgadzają. Nienawidzę rozmawiać przez telegon, unikam ludzi, bo boję się wyśmiania i kompromitacji, czuję się gorsza od innych... Jest tego więcej: http://pl.wikipedia.org/wiki/Osobowość_unikająca

Wszystko się zgadza!!! Więc to tak... Ciekawe, czy da się to naprawić/wyleczyć/zabić? Mam zacząć chodzić do psychologa? To może do psychiatry od razu...

Wielkie podziękowania dla kogoś o nicku "suicide-is-sexy". Dzięki za tak ważne dla mnie info...

10.


Link 21.7.2009 :: 12:42 Komentuj (5)
Racja! Przecież to moja psychika!

Wzięłam się w garść. Zaczęłam obserwować swoje zachowania i staram się zmieniać to, co mi się niepodoba. Pierwszym krokiem jest wyjście do ludzi. Moża powiedzieć, że ostatnio w ogóle mnie w domu nie ma. Nawet nocowałam poza domem. Od jutra codziennie wycieczki rowerowe z moją przyjaciółką. Pewnie będziemy jeździć do miasta. Może nawet się pozna kogoś nowego...

Stosuję zasadę, że pokonuję strach poprzez zmierzeniem się z nim (wg rady). Muszę przyznać, że skutkuje. Ot, taki głupi, przykład: Na naszym podwórku pracowali robotnicy (stawiali nam kotłownię). Oczywiście ja się ich wstydziłam i siedziałam przez to cały czas w domu. Ale odkąd postanowiłam się wziąć za siebie, postanowiłam działać. Wyszłam do nich, powiedziałam grzecznie "dzień dobry" i poszłam dalej. Niby nic, ale dla mnie dużo. Ot, całe moje paranoje...

Póki co, jestem z siebie dumna. Niech tak zostanie.

Pielgrzymka za 2 tygodnie, a ja nadal nie mam z kim iść... A ja chcę poszaleć!!!

11.


Link 23.7.2009 :: 19:42 Komentuj (4)
Powiedzmy to otwarcie. Zostałam dziwką szatana. Wszystko się sypie, a nawet jest gorzej niż było wcześniej. To, co siedzi w mojej głowie, nie należy tylko do mnie. Moje myśli, czyny, słowa nie są tylko moim udziałem. Boję się każdego następnego dnia, wciąż czuję czyjąś obecność. Skutecznie zostałam wyizolowana od wszystkiego, co Boże i ludzkie. Sama się do tego przyczyniłam. Zeszmaciłam się na własne życzenie. Nie da się już tego odbudować. Każdy następny upadek jest boleśniejszy i coraz trudniej się podnosić. Już nigdy nie zasięgnę radości z życia. Tęsknię za życiem, gdy nie znałam bliżej Boga. Kiedy wszystko było takie beztroskie i dziecinnie proste. Kiedy kierowałam się swoimi zasadami.

Na pielgrzymkę chyba nie idę.

Jest źle. Naprawdę źle. I nie umiem przyjąć żadnej pomocy. Coś mi każe biec ku temu złemu. Nie umiem się wyrwać. Już nie umiem.

I pomyśleć, że wszystko zaczyna się od nudy i samotności...

12.


Link 24.7.2009 :: 19:01 Komentuj (10)
Czuję się opętana przez najgorsze myśli. W głowie widzę wciąż moją ucieczkę z tej wiochy i wyjazd w nieznane. Dałabym jakoś radę. Na zarobienie pieniędzy zawsze jest spokój. Wyjazd nic mi nie da, ale przynajmniej nie będę stała w miejscu. Ciągnie mnie do ludzi, choć gdy już się ktoś napatoczy, to jestem opryskliwa i mega ironiczna. To też silniejsze ode mnie. Przestałam być miła, choć kiedyś byłam balsamem na rany innych.

Mam też w głowie sceny samobójcze. Tyle planów, tyle sposobów. To silniejsze ode mnie.

Przestałam się modlić. Zaczęłam się zastanawiać, w co ja tak właściwie wierzyłam?!

I błagam Was, Wirtualni Przyjaciele! Nie piszcie mi prywatnych wiadomości, bo wszyscy wiemy, że pointeresujecie się tydzień, może dwa, a później odpłyniecie w swój prywatny świat. Mój też jest prywatny i nikogo do niego nie wpuszczam. Zamek do serca i rozsądku zardzewiał, nie da rady już go otworzyć. Nie chcę nikogo "przez przypadek" obrazić (mój poziom agresji jest ostatnio cholernie wysoki!), a kazania niewiele pomagają. Więc darujcie sobie.

Walka o moją duszę wciąż trwa. Ja stoję obok i "podziwiam". Widzę, że Bóg się poddaje...




13.


Link 26.7.2009 :: 21:57 Komentuj (6)
Biorę się w garść! Upadki są potrzebne. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Tylko gdzie znaleźć ludzi, którym można zaufać?

Ostatnio pojawiło się we mnie pragnienie, aby mieć chłopaka. Brakuje mi bliskości, troski i wrażenia, że jestem dla kogoś ważna. Tak bardzo mi tego brakuje...

Przez dwa dni była u nas w domu libacja alkoholowa z okazji ojca imienin. Wyszło na jaw kilka tajemnic rodzinnych, dzięki którym się dowiedziałam, że ojciec jest złodziejem, kłamcą i egoistą. Utwierdziłam się też w przekonaniu, że jest alkoholikiem. Choleryk z mieszanką alkoholu daje bardzo negatywny efekt. Nikt przez niego nie chce do nas przyjeżdżać, bo zaraz jest jakaś afera.

Nie byłam dziś w kościele. Pierwszy raz z własnej woli.

I nie jestem chora psychicznie. Zaburzenia osobowości ma wielu ludzi, często nawet nie są tego świadomi. Kwestia pracy nad sobą. Ale jak można pracować, nie mając żadnego wsparcia?

Stoję na środku i wołam POMOCY!!!

Jednak moje otoczenie, zamiast spytać co się dzieje, oburzają się, że "ta zawsze uśmiechnięta dzieczyna, tak otwarta na potrzeby innych" sama chodzi smutna i potrzebuje odrobiny zainteresowania. Faktycznie, to skandal! :(

14.


Link 27.7.2009 :: 22:23 Komentuj (5)
Ostatnio moim ulubionym zajęciem jest spanie. Pozwala nie myśleć. Czas leci szybciej. Czasami nawet przyśni się coś, co na te kilka chwil przenosi mnie w krainę szczęścia. Kocham spać.

Na pielgrzymkę idę. Zdecydowałam, że skoro i tak nie mam z kim szaleć, to będzie to pokuta. Sama modlitwa i przemyślenia. Będzie nudno, ale chyba warto. Warto odbudować więź z Bogiem. W końcu tylko On mnie rozumie.

Były u mnie Aga i Sylwia. Przyjechały znienacka. Wyszłam do nich w dresie, zaspana, nieuczesana. Wiedzą, że coś jest ze mną nie tak. Narzekają, że się nie odzywam, nie przyjadę, nie pogadam. O czym mam z wami rozmawiać? Wciąż wspominać stare czasy? O pielgrzymce? Mam słuchać kolejnego fajnego przypału, który był na dyskotece? Nie. Ja już nie chcę słuchać. Chcę, żebyście zapytały, co się ze mną dzieje, zamiast obracać wszystko w żart i mieć ciągłe pretensje.

Nie pasuję do nich. Dopiero z perspektywy czasu to widać. Do nikogo nie pasuję. Bo niby kto chciałby spędzać czas na zwykłych spacerach i rozmowie?

Nie wiecie, że muszę wyrzucić z siebie ból i czuć czyjąś obecność, aby wróciła ta rozrywkowa dziewczyna?

15.


Link 28.7.2009 :: 12:15 Komentuj (10)
Dzisiejsza noc zmieniła wszystko.

Miałam sen. Bardzo niepozytywny. Śniło mi się, że mieszkałam z moimi rodzicami w bloku (nie wiedzieć czemu - w mieszkaniu mojej cioci). Piętro wyżej mieskzała jakaś mafia. Tata zadzwonił po policję. Gdy przyjechali, mafia od razu wiedziała czyja to sprawka. Przyszli do naszego mieszkania w eleganckich, białych garniturach i kapeluszach ze spluwami w ręku (jak to na tych amerykańskich filmach jest). Tata próbował się bronić, mama zaczęła wrzeszczeć. Ja wyszłam przez balkon i zeszłam z drugiego piętra po ścianach na dwór. Biegłam przed siebie, szukając pomocy. Nagle zobaczyłam helikopter policyjny. Nie był zbyt wysoko nad ziemią, więc zaczęłam im machać. Wylądowali, wykrzyczałam, jaka jest sytuacja. Wbiegli od razu do budynku i szajka została zatrzymana. Wracałam do mieszkania chwiejnym krokiem. Nogi uginały się pode mną ze strachu. Nie wiedziałam, czy zobaczę jeszcze moich rodziców żywych. Weszłam po schodach na drugie piętro, powoli zbliżyłam się do drzwi. Z naprzeciwka wyszedł sąsiad, niczego nie świadomy. Nie powiedziałam mu nawet krótkiego "dzień dobry" tylko z drżeniem rąk nacisnęłam na klamkę. Zobaczyłam moich rodziców, wycieńczonych, jedzących kolację. Był z nimi obcy mi facet, ale nie zwracałam na niego uwagi. Rozpłakałam się w drzwiach ze szczęścia, że żyją.

Po przebudzeniu również zaczęłam płakać. Niby zwykły sen, zapewne wziął się ze zbyt dużej dawki telewizji. Ale gdy się obudziłam, poczułam się sierotą. Jakby tamten sen trwał, tylko że bez happy endu. Na samą myśl o tym, że mogłabym kogoś stracić, łzy do oczu mi napływały.

Piszę tą notkę jakieś pół godziny po przebudzeniu i nadal nie doszłam do siebie. Jednak sny są potrzebne! Nauczyłam się, żeby doceniać to, co mam. Po co chcieć więcej? Jedni nie mają nawet tego, co ja! A moje życie w każdej chwili może się zmienić. W każdej chwili może stać się jakaś katastrofa. Należy się cieszyć i dziękować Bogu za to, co jest. Niby tak banalna prawda... Do mnie dotarła dopiero dzisiaj. Czuję, że moje życie po tym śnie nie będzie już takie samo...

Zaczynam odczuwać radość z życia.

16.


Link 29.7.2009 :: 17:24 Komentuj (26)



Uważasz, że one są piękne?

Mam dosyć. Jestem zirytowana dziewczynami, które wciąż się odchudzają, a potem o! Anoreksja, a to niespodzianka...

Zapewne wywołam tym postem jakąś wojnę, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś!
Cholerna epidemia anoreksji!

Dołuje mnie to, że połowa blogów, które odwieczam, jest prowadzona przez anorektyczki. Na cholere się odchudzacie? Bo nie macie powodzenia u chłopaków? Bo ktoś Wam ściemnia, że jesteście grube? Bo czujecie się lepiej? Właśnie widzę, jak jest lepiej... Wszystkie jesteście non stop zdołowane. Wszystko przez tą cholerną chorobę... Nie wiecie, że to może skończyć się śmiercią?

Dlaczego się za siebie nie weźmiecie? Tylko odliczacie każdy gram zjedzonego jedzenia?

Tak, wiem. Łatwo mi mówić, bo sama tego nie przeszłam. Racja, nie przeszłam i napewno nie przejdę. Waże 80 kg przy 180 cm wzrostu, więc mam nadwagę. Co z tego? Mam to gdzieś! Nie będę się męczyć, pozbawiać siebie takich przyjemności jak pizza czy inne fast food'y. Nie chce mi się ruszyć dupy, żeby iśc poćwiczyć (chociaż i tak przy moim trybie życia w czasie szkolnym jestem w ruchu). Mimo mojej nadwagi mam powodzenie u chłopaków, jestem lubiana, nikt mnie nie odtrąca. I humor na ogół też dobry mam. Doły się zdarzają, nie powiem, że rzadko. Ale generalnie jestem zadowolona z życia, bo nie muszę myśleć o pieprzonych kilogramach!

Wybacznie, że to piszę. Nie chcę nikogo urazić, ale mam dosyć czytania tego, że znów "znów przytyłam pół kilograma! To straszne! Gruba świnia ze mnie!". Nie! Każda kobieta jest piękna, a widok kości jest naprawdę obrzydliwy...

Błagam Was! Chociaż przez kilka minut się nad tym zastanówcie.
Szczerze życzę Wam wyjścia z tej choroby i zmienienia toku myślenia...
Pozdrawiam!

17.


Link 30.7.2009 :: 12:19 Komentuj (8)
Powróciła do mnie ważna prawda.
Dla mnie bolesna.

Nie umiem się kłócić. Nie umiem dyskutować.
Co gorsza... Jeśli się z kimś nie zgadzam, to owszem. Powiem to. Ale nie umiem przytoczyć argumentów, nie umiem bronić swojego zdania. Czuję się atakowana przez drugą osobę. Przeżywam takie coś przez kilka dni. Czuję się cholernie gorsza. I odczuwam dyskomfort psychiczny. Wszystko wyolbrzymiam. Zaraz czuję się też odrzucona, nielubiana. Żałuję, że doszło do takiej sprzeczki. Nie umiem walczyć o swoje. Unikam tej osoby, nie chcę się znów poczuć poniżona. Zaraz przepraszam tę osobę i chcę wszystko naprawić. Nieważne kto ma rację. Ważne, by nie było kłótni.
I znów okazuje się, że wcale nie jestem silna...

Mój wczorajszy post utwierdził mnie w tym przekonaniu. Sory za niego, pisałam go pod wpływem impulsu. Nie chciałam nikogo urazić.

18.


Link 31.7.2009 :: 12:09 Komentuj (9)
Znów mam głupie sny.

Śnił mi się T. Był u mnie w domu na weekend. Był jako kumpel. Później mnie pocałował (przy rodzicach xD). Powiedział, że od dawna mnie kochał. Zostaliśmy parą.

Zastanawiam się, co tkwi w tej mojej podświadomości, że śnią mi się takie rzeczy? Z T. widziałam się raz w życiu. Mieszka 400 km ode mnie i jest jedynym chłopakiem, z którym mam jakikolwiek kontakt. Chcę go tylko na poziomie: przyjaźń. Chociaż po tym śnie odżyło we mnie coś takiego... Ten romantyzm chyba ;]
I pragnienie miłości. Ale nie. Nie z nim. Zresztą to i tak by się nie mogło udać.

Ale co tkwi w mojej podświadomości?

19.


Link 2.8.2009 :: 14:27 Komentuj (17)
Mój świat jest jak pilnie strzeżona twierdza.

Kiedy próbujesz do niego wejść, w moim umyśle włącza się alarm. Intruz na horyzoncie. Moi strażnicy: agresja, zadawanie bólu, egoizm, strach, opryskliwość i bezczelność zaczynają cię atakować. Jeszcze nikt nie znalazł sposobu, aby zburzyć mury, które zbudowałam na fundamencie zranień i samotności. Nie ma takiego dynamitu, który by je wysadził.
Z wież strażniczych strzelają do ciebie łucznicy. Ich strzały są zatrute jadem moich słów, które mówią, żebyś się odwalił, a jednocześnie krzyczą o pomoc.
W fosie nie ma wody. Jest błoto mojego gniewu na egoizm ludzki, który jest jak najbardziej naturalny, który jest też we mnie. Z którym nie umiem się pogodzić. Tak, fosa to chyba najgorsza przeszkoda, aby dostać się do mojej twierdzy. Pokonasz ją tylko wtedy, gdy opuszczę ci most zaufania. A tego nigdy nie zrobię.

Więc lepiej nie próbuj zdobyć tej twierdzy, bo skończy się to dla ciebie tragicznie...

20.


Link 16.8.2009 :: 19:52 Komentuj (9)
Wróciłam.

Było cudownie! Czułam, że dotykam Raju. Niesamowita atmosfera, spotkanie starych znajomych i poznanie nowych ludzi. Modlitwa, taniec i śpiew. Wygłupy po apelu. Tęskniłam za tym czasem, gdzie największym problemem jest rozstawienie namiotu lub przyniesienie ciepłej wody do mycia.

Nie czułam bólu fizycznego, mimo że się odwodniłam i przeziębiłam. Leżałam z podłączoną kroplówką całą noc. Ale to też było fajne doświadczenie. Obcy ludzie się o mnie troszczyli, pytali o zdrowie, pilnowali, abym więcej piła. Na moją prośbę przyjechał do mnie ksiądz z sakramentem namaszczenia. Całą drogę się śmiałam, żeby nosił w plecaku olejek, bo czuję, że wkrótce skonam na tej trasie ;) No i masz babo placek... Przydały się :)

Tak. Mocno zaprzyjaźniłam się z ks. Mariuszem. Chciałabym, aby nasza znajomość nie zakończyła się tylko na pielgrzymce. Jest wikariuszem w pobliskiej parafii, więc spokojnie mogłabym go odwiedzać. Poza tym pragnę zaangażować się w jakąś pracę na rzecz Kościoła. Cokolwiek. Pomoc w prowadzeniu kancelarii, jakaś wspólnota, opieka nad dzieciakami podczas wyjazdów? Cokolwiek. Niestety nie umiem się wkręcić.

Ks. Mariusz powiedział mi na Przeprośnej Górce bardzo fajne słowa: "Widać, że jesteś dobrą osobą, a z takimi ludźmi chce się przebywać". Zapisałam te słowa w swoim sercu i już mam swoją życiową misję: być wsparciem dla innych, mnie zaś będzie nosił SAM JEZUS.

Pogłębiłam swoją wiarę i powoli opuszczam most do mojej twierdzy. Powoli, bez pośpiechu i za dużej dawki zranień naraz.

Nigdy nie zapomnę życzliwości i otwartości tych ludzi. Czułam się tam taka ważna, taka kochana, taka potrzebna. Czułam, że jestem w domu, wsród swoich.

A teraz jestem w domu i nie umiem się odnaleźć. Płakałam. Tak bardzo tęsknię za pielgrzymką. Nie, to nie fanatyzm. To potrzeba miłości i akceptacji.

Napisałam do ks. Mariusza na Naszej Klasie. Jest moją ostatnią deską ratunku na wyrwanie mnie z marnotrawienia danego mi czasu.

Byłam na pielgrzymce czwarty raz, jednak za każdym razem jest inaczej. W tym roku modliłam się dużo za bliskich mi ludzi, którzy mocno grzeszą. Może dlatego tak ciężko mi się szło.

Odliczam dni do kolejnego 5 sierpnia. Chwała Bogu za owoce, które we mnie teraz dojrzewają.

21.


Link 19.8.2009 :: 15:26 Komentuj (14)
Dlaczego nie umiem się cieszyć z tego, że jestem kochana?
Dlaczego nie umiem się cieszyć z tego, że mam to, o czym inni mogą tylko marzyć?
Dlaczego nie umiem się cieszyć z tego, że są wokół mnie ludzie?
Dlaczego nie umiem się cieszyć z tego, że mogę robić co chcę i jak chcę?
Dlaczego nie umiem się cieszyć z tego, że Bóg dał mi czas na wszystko?
Dlaczego nie umiem się cieszyć z tego, że jestem w stanie realizować swoje marzenia?

Czemu wciąż chcę więcej i więcej?
Czemu wciąż chcę być akceptowana i potrzebna?
Czemu wciąż chcę być wśród ludzi, z którymi nie mogę przebywać?
Czemu wciąż chcę być w innym miejscu, z dala stąd?
Czemu wciąż chcę robić coś, co będzie dawało mi i innym szczęście?

CZEMU DO SZCZĘŚCIA NIE WYSTARCZA MI SAM JEZUS?

Jestem z Nim, ale to jeszcze nie to...
Chyba trzeba mi czuć Go w innych ludziach. Tylko, że ci "inni ludzie" są albo księżmi, albo mieszkają z dala ode mnie. I znów jestem sama. Fizycznie.

Marzę o tym, aby być organizatorką czegoś ważnego. Dla dzieciaków. W kościele.
Dziwne marzenie, ale jakoś tak od pielgrzymki mnie trzyma.
Przecież marzenia nic nie kosztują.

22.


Link 24.8.2009 :: 19:52 Komentuj (7)
Byłam u mojej cioci i wujka w Warszawie na tydzień.

Fajnie było, choć trochę zbyt nadopiekuńczo (nie mają dzieci) i zrzędliwie (wujek martwi się, czy go dopuszczą do pracy z jego chorym sercem).

Generalnie non stop byłam wśród ludzi (koncerty, kino itp.). Świetna sprawa! Ludzię obserwować ludzi, analizować ich zachowania. Lubię dobrą zabawę z dobrymi ludźmi. Akurat z wujostwem ciężko mówić o skakaniu przy samej scenie do piosenek kapeli rockowej, ale dobrze było chociaż posłuchać :)

Ale zaraz przychodziły myśli... Te głupie paranoje... No właśnie. Z kim mogę pod sceną skakać? W sumie gdybym chciała gdzieś się wyrwać na zwykły spacer, to nawet nie miałabym po kogo zadzwonić. Może dlatego po części polubiłam samotność :)

Podczas jednego z koncertów myślałam o chłopaku, który ponoć się we mnie zakochał po dwóch spotkaniach bez wzajemności. Nie wiem, czemu o nim myślałam i po co do niego napisałam... Wiem tylko, że szybko się odkochał ;] I dobrze, nie czuję już nieuzasadnionego poczucia winy.

W pokoju obok moi rodzice gadają z sąsiadkami. Przyszły sobie na ploty. Jejku, jak ludzie nie potrafią siebie nawzajem słuchać! Przerywają sobie w połowie wypowiedzi, szybko zmieniając temat. Przekrzykują siebie nawzajem. I to tylko gadki o pierdołach, a co dopiero poważne rozmowy, potrzeba wyżalenia się komuś? A później się dziwić, że mamy takie poranione społeczeństwo...

Napisałam do x. Mariusza i zaproponowałam spotkanie. Próbuję w końcu doświadczyć czegoś takiego, jak przyjaźń. Ale czy można przyjaźnić się z księdzem? Z osobą, która opiekuje się wieloma owieczkami? No i czy taki fajny człowiek chciałby się zadawać ze zwykła nastolatą, z jakimi ma do czynienia na codzień? Hmmm... Chyba powinnam szukać gdzie indziej...



23.


Link 26.8.2009 :: 22:36 Komentuj (5)
Ks. Mariusz mi nie odpisuje... Pewnie nie ma czasu.

Ostatnio napaliłam się na MAGIS (młodzież jezuicka - taka wspólnotka :P), zwłaszcza jak przeczytałam, że 6 września mają spotkanie organizacyjne. Nie wiem, może coś z tego będzie... (brawo Czucz, chyba stanie na Twoim :P).

A ogólnie jest smutno, bo znowu siedzę w domu, znów nic się nie dzieje, nie mam okazji odkrywać Boga w ludziach. Jezu, ja chcę do ludzi!!! Dobrze, że już za kilka dni szkoła. Mam rozpoczęcie 31 sierpnia, więc jeden dzień nauki dłużej :P Ale coś za coś. Ważne, że coś się będzie działo.

Samotność, bezczynność i niemoc to trzy najgorsze formy umierania. Powolnego umierania.

24.


Link 28.8.2009 :: 16:07 Komentuj (1)
Mój czas dobiega końca.

Za dwie godziny jadę do mojego wujka na wieś. Ma spore problemy, wciąż płacze. Boimy się z tatą, żeby nie zrobił czegoś głupiego. Jedziemy go powspierać na duchu i przemówić do rozsądku.

Jednak moim głównym celem jest pobyt z moimi Ojcami ;) Tym Wszechmogącym i tym słabym. Z Bogiem i z moim biologicznym ojcem.

Jedziemy na prawdziwe zadupie, bez internetu, zasięgu itd. Łono natury, piękne widoki. W czasie drogi na miejsce będę miała dużo czasu, żeby rozmawiać z tatą. I pierdołach, choć liczę na to, że uda mi się zebrać na poważną rozmowę w sprawie mojej siostry. Ostatnio ojciec jej napisał, że utrzymuje ją już 2 lata (był to czas, kiedy Karolina siedziała w domu i dosłownie nic nie robiła) i że teraz ma iść do roboty (a ona się na studia wybiera). Poszło też o Kaśkę (naszą przyrodnią siostrę), o jej wychowanie, opuszczenie. O to, że był alkoholikiem, że mnie traktuje lepiej niż Karolinę. Jednym słowem, konflikt trwa od wielu lat. A teraz, kiedy Karolina jest w Grecji, ma odwagę przez sms-y wszystko ojcu wygarnąć... Po powrocie chce się wyprowadzić. Chore to wszystko... Dlatego chcę z ojcem pogadać, choć pewnie odwagi zabraknie...

W ciągu dnia będę przebywać z wujkiem. Lubię z nim gadać na poważne tematy. Ostatnio rozmawialiśmy na temat mojego ewentualnego pójścia do zakonu. Oczywiście mi odradzał, ale to jedyna osoba, z którą mogę normalnie pogadać, bez wyśmiewania, poniżania itp.

Wieczorami tata z wujkiem pewnie będą zapijać swe smutki w wódzie. Nie pochwalam tego, ale oczywiście nie mam nic do gadania. Wtedy będę chodziła na spacery. Długie spacery, z MP3 na uszach. I będę rozmawiać z Panem! Muszę Go przeprosić... I podziękować.

Ks. Mariusz nie odpisał.
Z MAGIS-u nikogo nie ma na gg.

Wracam w niedzielę lub sobotę wieczorem.
Pozdrawiam!

25.


Link 29.8.2009 :: 23:13 Komentuj (5)
Jestem.

U wujka nie jest kolorowo. Ale jakoś go na duchu podtrzymaliśmy. Jakoś się trzyma, z czasem będzie lepiej.

Ten wyjazd, choć krótki, był pełen doświadczeń i miłości.

Szacunek, obrona mojej osoby, zwierzenia, łzy, szczere rozmowy, zbadanie korzeni mojej rodziny. Oto czego doświadczyłam. Tak... Tego mi było trzeba!

Wujek jako jedyny w tej rodzinie okazuje mi miłość. Wiem, że naprawdę mnie kocha. Ja jego też i życzę mu jak najlepiej!

Widziałam pierwszego męża mojej mamy. Patrzył na mnie przenikliwym wzrokiem... Czułam się nieswojo.

Wszyscy na wsi wiedzieli od razu, że jestem córką tej Tereski, która jeszcze niedawno śmigała po wsi i pomagała na polu :) Wujek z dumą chwalił się swoją chrześniaczką.

Poznałam środowisko "żulowskie". Poznałam ludzi, którzy mimo alkoholizmu, są bardzo życzliwi i wartościowi. Rozmawiałam z nimi również, gdy byli trzeźwi ;) Fajni ludzie, choć Bóg różnie ich doświadczył... Szkoda, że szukają ucieczki w wódzie, ale może kiedyś znajdą właściwą drogę.

No i zyskałam wielbiciela :P Co z tego, że ma 37 lat i zakochał się od pierwszego wejrzenia. I mimo wielkiej miłości nie mógł zapamiętać mojego imienia :P

Było wesoło i smutno. Oby więcej takich edukacyjnych wyjazdów!

Jutro jadę do internatu. Będę w domu tylko na weekendy, więc notki planuję pisać raz na tydzień (w soboty). Choć to też różnie może wyjść, bo prawdopodobnie będę w MAGIS-ie :) Umówiłam się już z Masią, abym nie czuła się osamotniona na pierwszym spotkaniu. Ona jest tam oblatana, więc (mam nadzieję) jakoś mnie tam wprowadzi.

Ks. Mariusz mnie olał. Siedzi na NK i nawet mi nie odpisuje... Boli. Ale jakoś przeboleję.

Proszę o modlitwę za mojego wujka i za mnie - o odwagę i wytrwałość.

Pozdrawiam ;)

26.


Link 4.9.2009 :: 21:05 Komentuj (5)
Cześć Wam! :)

Pierwszy tydzień szkoły za mną. Rewelacja! :) Jestem w końcu taka zadowolona, wśród ludzi, cały czas coś się dzieje. Dużo nowości, nieoczekiwanych sytuacji, humoru, towarzystwa. Teraz ciężko o chwile samotności, tylko w weekendy mogę pobyć sama. Pasuje mi to. Nasiedziałam się sama przez całe wakacje. Na zapas.

Zaszło dużo zmian w szkole. Zmieniła mi się jedna z wychowawczyń. Doszły do naszego rocznika dwie dziewczyny. Doszły nowe przedmioty (razem mam ich 15). Będzie ciężko... Ale mam zamiar się przyłożyć w tym roku. Zobaczymy co z tego wyjdzie :P Zawsze marzyłam, żeby religii uczył mnie ksiądz... No i proszę ;) Mamy nowego katechetę i duszpasterza szkoły! :)

Wzięłam sobie słowa pewnego kolesia, z którym gadałam o moim powołaniu na pielgrzymce, kiedy szłam jeszcze do pierwszej klasy: "Teraz Twoim powołaniem jest ta szkoła." Pierwszy tydzień, pierwsze problemy. Kilka koleżanek mi się żaliło. Naprawdę wiele historii styka się w tym jednym, dla mnie cudownym miejscu. Staram im się doradzać, pomagać. Proszę Ducha Świętego o siłę i cierpliwość, o łaski dla tych dziewczyn. Proszę Was o modlitwę za te kobitki. One naprawdę tego potrzebują! Bezradność jest wstrętnym uczuciem...

Ks. Mariusz mi odpisał. Pamięta o mnie. Ja o nim też. Ma dużo pracy, jeszcze mu dojdą studia. W sumie to lepiej, że się nie spotkaliśmy. Była pokusa, żeby z kimś porozmawiać o mnie. Złamałabym swoje postanowienie. A tego nie chcę. Bóg ma lepsze plany dla nas, niż my sami ;)

Sypią się relacje w mojej rodzinie. Wszyscy się kłócą ze sobą, dosłownie wszyscy. Mama, tata i moja siora stoją na wierchołkach trójkąta, chowają się w kącie. A ja stoję na środku i wysłuchuję ich narzekania. Każdy próbuje mnie przeciągnąć na swoją stronę. A ja tracę już siły. Próbuję ich pogodzić. Czasem mi nawet wychodzi, ale zaraz znów sobie znajdą powód do kłótni. Tracę cierpliwość. Wycofuję się. Niech mnie w to nie mieszają!

Dziś się spowiadałam. Po wyznaniu grzechów spowiednik milczał przez dobre 5 minut. I właśnie to milczenie powiedziało mi najwięcej. Czułam się głupio. Nie wiedziałam, czy się przypomnieć, czy milczeć. Bałam się, że zaraz na mnie nawrzeszczy. Ale jego nauka była cudowna! I dotyczyła naprawdę moich grzechów. Nie uogólniał, mówił naukę do mojego konkretnego przypadku. Jednak milczenie, te kilka minut milczenia... Niesamowita chwila. Przypomniała mi o tym, że spowiedź to prawdziwe spotkanie z Jezusem, który mówi mi: "Nic. Nie musisz mówić nic. Odpocznij we mnie. Czuj się bezpiecznie..."

W niedzielę MAGIS. Mam stresa, ale fajnie byłoby do nich należeć ;)

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę udanego rozpoczęcia kolejnego roku pracy ;)


27.


Link 11.9.2009 :: 18:44 Komentuj (4)
W szkole jest fajnie.
W wolontariacie jest fajnie.
W domu jest fajnie.
W MAGIS-ie jest fajnie.
W DMN-ie jest fajnie.

Ale w moim serduchu, myślach, we mnie nie jest fajnie.
Nie wiem czemu, ale to irytujące.
Widać, taki to już ten mój krzyż/choroba/paranoja, że cały czas tam w środku smutno.

Pierwsze spotkanie w MAGIS-ie pozwoliło mi zauważyć ważną rzecz. Jestem cholernie zamknięta w sobie. Szkoda, bo mogło być naprawdę fajnie.

28.


Link 12.9.2009 :: 19:44 Komentuj (2)
Nienawidzę tych stanów depresyjnych.
Zabierają mi czas, który mogłabym poświęcić na coś bardziej pożytecznego.
Czas, który mogłabym poświęcić dla Boga, ludzi, lub chociaż na swój własny rozwój.
A teraz się cofam. Cofam się w rozwoju emocjonalnym i zachowuję się jak pięcioletnie dziecko, które chowa się przed mamą, żeby ukryć swoje skaleczenie.
Najgorsze jest to, że nie znam przyczyny swojego smutku. Może faktycznie jestem chora na depresję?
Dobre w tym wszystkim jest to, że w czasie "tych stanów" przestałam się odsuwać od Boga. Zawsze Go odrzucałam, dziś traktuję Go jako mój jedyny Ratunek i jedynego Pocieszyciela. Lubię z Nim rozmawiać, bo tylko On mnie rozumie. I po rozmowie z Nim naprawdę się czuję pocieszona.
Tylko że to pocieszenie nie działa na długo. Znów przychodzi ten stan. Właściwie to trwa on cały czas, tylko czasami o nim zapominam.
Jestem bierna. Nie robię nic. I wcale mi to nieprzeszkadza.

Piosenka na dziś: EKS - Co cię nie zabije


29.


Link 13.9.2009 :: 0:23 Komentuj (9)
Zaczęłam pyskować moim rodzicom.
W szkole do nikogo się nie odzywam, bo boję się, że znów kogoś czymś urażę.
Mój ironiczny język i delikatne naśmiewanie się z innych albo jest źle rozumiane, albo faktycznie stałam się chamska. Raczej to drugie...
Boję się samej siebie. Boję się odezwać.
Niektóre rzeczy wychodzą ode mnie naturalnie. Bo taka jestem. Boże, nie chcę taka być!
Patrzę na siebie w lustrze i mam ochotę stłuc lustro.
Dziś mało nie uderzyłam mojego taty.
Za dużo we mnie złych emocji.
Przestaję nad sobą panować.
Jest źle. Znowu.
I naprawdę nie wiem, gdzie szukać pomocy.
Tam, gdzie jej szukałam - odesłano mnie z niczym.
Widać, nie ma lekarstwa...

W przyszłym tygodniu zamierzam iść do psychiatry. Podejrzewam, że naprawdę coś na tym umyśle mi siedzi. To chyba nie jest zwykły bunt młodzieńczy...

Za 6 godzin jadę do internatu. Boję się rozmawiać z kimkolwiek. Zasłaniam się nauką, aby z nikim nie gadać. Kolejny tydzień udawania.

Trzymajcie się!

30.


Link 19.9.2009 :: 14:50 Komentuj (6)
To był trudny tydzień.

Uświadomiłam sobie, że istnieje jedna osoba, której z całego serca nienawidzę. I nie jest to mój ojciec, przez którego mam zwalone życie. Nie jest to nikt z moich "prześladowców" z gimnazjum. Nie jest to moja siostra, koleżanka... Tą osobą jest... nauczycielka od matmy! I nie piszę tego pod wpływem emocji, bo dostałam jedynkę (nie, nie dostałam jeszcze...). Piszę to, bo ta osoba nie zdaje sobie sprawy, jak niszczy psychikę swoich uczennic, drąc się na nie przy tablicy i nazywając je nieukami bądź porównując ich inteligencję do inteligencji przedszkolaków. Szkoda, że szanowna pani A. nie wie, że po jej lekcjach czasami ktoś płacze, bo nie wytrzymuje napięcia. Szkoda, że nie zastanowi się, dlaczego jedna z moich koleżanek wciąż jej pyskuje. To smutne, że myśli, że to ten "wiek buntowniczy". Mogłaby czasami wyjść spoza wzorów matematycznych i pomyśleć o swoim stosunku do uczennic. Stres, strach przed kolejnymi obelgami... A potem zdziwienie, że nie chcemy do tablicy chodzić...
Obiecałam sobie, że o nikim nie będę źle myśleć. Nawet mi się udawało, póki nie zetknęłam się z panią A. I znów moje plany legły w gruzach. Żeby je odbudować, chyba trzeba szanowną panią A. uświadomić i czekać na poprawę jej zachowania lub wywalenie ze szkoły.

To niesamowite, jak w ciągu dwóch tygodni można się przywiązać do obcych ludzi i spotkań z nimi. Narazie tylko słucham i obserwuję, próbując poznać. Rozkręcę się później, jak nauczę się ufać. Obecnie żyję od spotkania do spotkania, ale uczę się żyć każdym dniem.

Radek napisał w komentarzu, że Jezus uzdrawia. To prawda. Jest najlepszym kardiologiem i psychologiem w jednym. Chyba mnie uzdrowił, mimo że to była terapia wstrząsowa...





Załóż bloga

Archiwum

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec

Kategorie

paranoje(14)
Promyki nadziei(13)
osamotnienie(11)
Stan najgorszy(5)

Linki

o. Grzegorz
Z życia mnicha
Pochylenie nad Słowem
I Ty jesteś Barabaszem...
Masia
FunAtyk
Dwa krzesła
Zimbabwe

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl