to-tylko-paranoja at ownlog '06

32.


Link 1.10.2009 :: 16:17 Komentuj (5)
Mam myśli samobójcze. Chcę uciec. Do Krakowa! Boję się.
Piszę krótko, bo mnie złapią na pisaniu... (jestem w szkole)

33.


Link 4.10.2009 :: 9:58 Komentuj (5)
Piszę tę notkę prosto po powrocie z wesela. Fajnie było. Wybawiłam się, wytańczyłam, poznałam nowych ludzi. I oczywiście poznałam kolejne prawdy o sobie.

1. Nie umiem być radosna. Po prostu NIE UMIEM. Nie chodzi tylko o wesele (bo tam też mnie dopadł melancholijny nastrój), ale ogólnie. Np. MAGIS. Nie pasuję do nich. Nie umiem być taka otwarta, uśmiechnięta, pełna energii i pomysłów jak oni. Siedzę w kącie i słucham, starając się nie myśleć o moich kompleksach. Z jednej strony lubię ich słuchać, uczyć się bycia moim lepszym "ja" poprzez obserwację. Z drugiej strony po każdym spotkaniu wychodzę zdołowana, myśląc: "Znowu wyszłam na przymuła...". Myślałam, żeby od nich odejść, ale chyba nie potrafię ich zostawić.

2. Jestem po prostu beznadziejna.

3. Spodobał mi się jeden z kelnerów, którzy nas obsługiwali. Przecież to oczywiste, że bez wzajemności.

Jestem po próbie samobójczej. Niestety(?) nieudanej. Może to i lepiej. Na razie nie będę próbować drugi raz. Ale doświadczenie jest ostre!

34.


Link 9.10.2009 :: 20:43 Komentuj (5)
Dziś mam okazję, żeby popisać dłużej, bo moja siora nocuje poza domem, więc nikt mi nie będzie jęczła nad monitorem.

Doświadczenie otarcia się o śmierć było dla mnie bardzo ważne i paradoksalnie wyszło mi na dobre. Zaczęłam szanować swoje życie i je doceniać. I nie chodzi tu tylko o te chwile, dla których warto żyć. Mam na myśli ogół, całość, dobre i złe chwile, całą prozę życia. Do chwili sięgnięcia po tabletki wyznawałam zasadę "W życiu piękne są tylko chwile". Odkąd mnie znaleziono nieprzytomną, mówię: "Całe nasze życie tworzy jedną wielką harmonię i tylko Ten na Górze zna tajemnicę tej harmonii. Nawet cierpienie i codzienne, nużące życie ma sens!". Właśnie... Niby tyle razy się słyszy, że cierpienie ma sens, po burzy zawsze wychodzi słońce itp. Ale nie dociera to do takiego zwykłego, szarego człowieczka. To zwykłe slogany. Czym jest teoria bez praktyki? Dlatego doświadczenie jest tak ważne. Praktyka życia czyni nas mądrymi.

Odebranie sobie życia jest pójściem na łatwiznę. Ponoć trzeba być twardym, a nie miękkim. Problem w tym, że zawsze, kiedy wzmocnię w sobie pancerz ochrony przed całym gównem, które jest w moim życiu, to samotność, brak samoakceptacji, blokady psychiczne, zranienia z przeszłości i rzeczy, które "chcę, a nie mogę" ten pancerz niszczą. A kiedy nie mam pancerza, nie ma co mnie chronić, to znowu robię coś głupiego (nie, nie zawsze jest to próba samobójcza). Jednak są to rzeczy, których później bardzo żałuję. Potem jakoś sama do siebie dochodzę, regeneruję pancerz itd. Zamknięte koło. Trzeba jakoś z niego wyjść, tylko jak? A może przestać się bronić? Przyjąć wszystkie śmieci na bary i iść do przodu? Powoli się tego uczę. Do tej pory odrzucałam trudności. Chyba dojrzałam (wow, szybko! ;]) do tego, żeby naprawdę żyć z cierpieniem. W końcu kto nie zazna goryczy na ziemi, nie zazna też słodyczy w niebie.

Uczę się też być radosna. Nie chodzi tu o wieczny uśmniech na twarzy, ale o taki optymizm, pogodę ducha, nadzieję. Ostatnio ktoś zauważył, że chodzę rozpromieniona. Chyba moje ćwiczenia przynoszą jakiś skutek. Nawet teraz, kiedy piszę tę notkę, czuję taki spokój i ciepło na serduchu. To dosyć miłe ;) Ale boję się, że to znowu minie, że znów będzie deprecha przez rok.

Pewna osoba nazywa mnie swoim promykiem. Chcę być takim promykiem dla wszystkich i nie ranić swoim egoizmem. Samobójstwo to szczyt egoizmu, więc pocieszam się, że gorzej być nie może.

Dziękuję Wam za tyle maili i troskę. Zapewniam, że nie trzeba mnie pilnować. Jesteście kochani :) Ale już koniec, nie ma z czego robić afery.

Teraz moim priorytetem jest spowiedź. Będzie ciężko, jeszcze się nie spowiadałam z próby samobójczej... No bo co ja mam Bogu powiedzieć? "Przepraszam, że chciałam zniszczyć Twoje dzieło"? Poza tym trzeba żałować. A ja nie żałuję, bo ta próba mi się przydała. Ciężko to wyjaśnić...
Przydałoby się znaleźć w końcu stałego spowiednika. Człowieka, który by mnie zrozumiał. Jejku, jak ja nie lubię się spowiadać w konfesjonale!

Trzymajcie się!
Pozdrawiam weekendowo! :)



35.


Link 15.10.2009 :: 19:43 Komentuj (2)
Nie jadę do Gdyni z Magisem. Smutno, ale na pocieszenie jadę do Żdżar z DMN-em :D Dawno tam nie byłam, ale jest ślicznie! :)
Słowa na ostatnim spotkaniu mocno mną wstrząsnęły... Zaczynam działać w swoim życiu, tak naprawdę działać! :D
Jest pięknie póki co, póki umiem być sobą.
Brakuje tylko pojednania z Jezusem...

36.


Link 19.10.2009 :: 16:34 Komentuj (4)
Straciłam sens życia i jakoś nie mam czasu ani ochoty go znowu szukać.
Nawet Jezus już nie pomaga, jakby przestał mnie wspierać.
Mam dosyć słuchania: "Bóg cię doświadcza". Chcę konkretnej pomocy, nie ogólników.
Pomocy, a nie zwykłego gadania.

Wczoraj byłam w Żdżarach. Fajnie było zobaczyć ludzi, od których promienieje zadowolenie z życia.

37.


Link 23.10.2009 :: 21:58 Komentuj (4)
Nie. To nie jest zwykła, jesienna deprecha.
To doświadczenie. To "smutek całożyciowy", nie tylko na wiosnę.
Po prostu nie umiem być radosna.
Nawet słoik nutelli nie pomaga.

W tym tygodniu wiele razy słyszałam, jaka to ja jestem dobra, pomocna, wrażliwa.
Czemu nigdy nie usłyszałam, że jestem po prostu potrzebna?

To jednak prawda, że potrzebujemy być kochani i potrzebni. Zawsze starałam się nie myśleć o sobie, wyłączyć siebie, swoje uczucia i myśli z tego świata. Zajmowałam się innymi, ich uczuciami. Im bardziej "wyłączam siebie", tym bardziej się zamykam i - wbrew pozorom -oddalam od ludzi. Im bardziej sobie wmawiam, że dobrze mi jest samotnej, tym bardziej potrzebuję miłości. Im bardziej żyję dla innych, tym bardziej jestem egoistyczna w swych uczuciach, modlitwie.

Czekam na kogoś kto mnie zauważy i będzie o mnie walczył, mimo że pomocy z całą pewnością będę odmawiać. Tak, moja psychika jest bardzo dziwna. Chcę pomocy, lecz jej nie przyjmuję. Chcę mieć kogoś bliskiego, choć nie umiem, boję się i uciekam od przyjaźni.

Wyłamuję się z życia publicznego. Zamykam się w czterech ścianach pokoju i zasłaniam się nauką. Przynajmniej zaczynam łapać sensowne oceny.
Z drugiej strony kiedy nie uganiam się już za tym, żeby łaskawie ktoś ze mną na luzie pogadał, to jakoś tak wszyscy sami do mnie przychodzą i słyszę od nich miłe słowa.

We wtorek jadę na badania neurologiczne. Chciałabym mieć coś, co wytłumaczy mój brak inteligencji. Chciałabym usłyszeć: "Zostało pani pół roku życia", aby pójść już do Tego, który mnie kocha. A przez te pół roku wykrzyczałabym wreszcie siebie i wyspowiadała z całego nieudanego życia.

Ech.. Te bóle głowy są już nie do zniesienia. Zastrzyki tym bardziej.

Wiem. Marudzę odkąd prowadzę tego bloga, a Wy to jakoś dzielnie znosicie. Po to jest ten blog. Wypisuję tu wszystko, co tłumię w sobie na codzień. Nie jest lżej, ale sama świadomość, że ktoś o tym wie, jakoś mi pomaga.

Niedługo zmienię adres bloga, bo znów dostał się w ręce osób z reala. Nie mogę przez to swobodnie pisać na niektóre tematy. Nienawidzę, kiedy osoba, z którą rozmawiam, wie co we mnie siedzi i traktuje mnie z litością lub wyższością. Bleh!

38.


Link 24.10.2009 :: 17:33 Komentuj (2)
No dobra... Headspace ma rację. Oszukuję siebie.
Ale muszę to robić, inaczej będzie jeszcze gorzej.

Może to pewna forma samobójstwa psychicznego, ale przynajmniej jestem znieczulona na wszelkie spotykające mnie zawody.

Jadę do internatu. Tak w sobotni wieczór, a nie w niedzielny poranek, jak to zawsze było. Dziś mama robi imprezę z okazji swoich imienin i "lepiej jakbym pojechała dzisiaj, bo jutro tata będzie miał kaca i nie będzie miał kto mnie zawieść na autobus". No to jadę.

Nie, pieniądze które mi dajecie przed moim wyjazdem nie są dowodem pamięci i miłości. Wystarczy, że ze mną porozmawiacie. Po to przyjeżdżam...

Choć dzisiaj tata mnie przytulił (nie mam urodzin, świąt żadnych teraz chyba też nie ma...)!!! Zwykłe przytulenie, bez powodu! Aż pobiegłam do łazienki, bo łzy same zaczęły mi spływać...

Napiszę za tydzień.
Życzę Wam szczęśliwego tygodnia.



39.


Link 31.10.2009 :: 16:16 Komentuj (6)
Chcę walczyć. I walczę. Jeszcze nie wiem o co i z kim, ale walczę. Może z egoizmem, może z samą sobą, może z całym światem... Nie wiem, ale póki walczę, jest dobrze.

I strasznię tęsknię za Jezusem... Wiem, brzmi dziwnie, ale na chwilę obecną nie mogę być po Jego stronie. Tęsknota jest zaawansowana, bo zaczęłam szukać kogoś, kto mi tę pustkę zapełni. Ale Bóg jest bezkonkurencyjny...

Chciałabym, aby pewna osoba stała się moim przyjacielem... Ale czy można kogoś zmusić do przyjaźni? Albo o nią żebrać?

Jest mi smutno. Jak zawsze, kiedy nie mam nic do roboty i za dużo myślę. Siedzę cały dzień przed kompem, słucham utworów z pielgrzymki, czyli z tych 10 dni, kiedy żyłam TU I TERAZ, kiedy byłam szczęśliwa... Szkoda, że sierpień tak daleko...

Tęsknię za czasami, kiedy pisałam optymistyczne notki, jeszcze na moim starym blogu. I szukam przyczyn, czemu czas jebie mi życie i moją psychikę?

Jutro 1 listopada... Jak to moja koleżanka powiedziała: "Życzę Wam wesołych świąt!" :D

Załóż bloga

Archiwum

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec

Kategorie

paranoje(14)
Promyki nadziei(13)
osamotnienie(11)
Stan najgorszy(5)

Linki

o. Grzegorz
Z życia mnicha
Pochylenie nad Słowem
I Ty jesteś Barabaszem...
Masia
FunAtyk
Dwa krzesła
Zimbabwe

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl